poniedziałek, 11 grudnia 2017

WYDAWNICTWO ZNAK - CO BĘDZIEMY CZYTAĆ W 2018 ROKU - ZAPOWIEDZI [materiały prasowe]



DŁUGO WYCZEKIWANA POWIEŚĆ GENIALNEGO NOBLISTY

Na nową powieść Johna Maxwella Coetzee czekaliśmy od 2013 r. Lata szkolne  Jezusa to niewątpliwie jedna z najważniejszych premier 2018 r. Najnowsza powieść noblisty jest jak baśń napisana skalpelem, kryje w sobie wieloznaczną refleksję o naturze dobra i zła, piękna i brzydoty, miłości i nienawiści. Wybitny wizjoner literatury współczesnej zadaje pytanie o to, jak rodzi się grzech. Książka nominowana do Nagrody Bookera 2016. Pozycja obowiązkowa dla czytelników Hańby, Czekając na barbarzyńców, Dzieciństwa Jezusa (którego nowe wydanie ukaże się wraz z Latami...), ale też dla wszystkich fanów prozy z wyższej półki. 


Tłum. Mieczysław Godyń. Premiera: 31 stycznia



WIELKA MAŁA POWIEŚĆ
Tomás González – najciekawszy głos współczesnej prozy kolumbijskiej – po raz pierwszy w Polsce.
Urodzony w 1950 r. w Medellín autor zaliczany jest do grona najważniejszych pisarzy latynoamerykańskich. Wydał osiem powieści i trzy tomy opowiadań. Unika rozgłosu, twierdzi, że liczy się literatura, a nie stojący za nią ludzie, ale na terytoria, na które się zapuszcza, mogą wchodzić tylko mistrzowie pióra. Trudne światło to osobista historia artysty, która pozornie opowiada o cierpieniu i stracie, ale tak naprawdę o bliskości i życiu. Autor, który zachwycił Elfriede Jelinek.


Tłum. Marta Szafrańska-Brandt. Premiera: 28 lutego



PAUL AUSTER – 4 3 2 1
„Prawdziwe arcydzieło – od pierwszej do ostatniej strony", taką opinię o 4 3 2 1 przeczytamy w pierwszym komentarzu pod postem o książce na lubimyczytac.pl. Jedna z dwóch wydawanych przez nas powieści, która znalazła się w finale tegorocznej edycji Nagrody Bookera. Dzieło życia Paula Austera. Czytelnicy, którzy nie mogli doczekać się nowej powieści amerykańskiego pisarza, będą zachwyceni jej objętością.


Tłum. Maria Makuch. Premiera: 14 marca.



KSIĄŻKA ROKU 2018
Rok 2018 został ustanowiony rokiem Zbigniewa Herberta.
W  20. rocznicę śmierci jednego z najwybitniejszych poetów polskich i europejskich XX w. ukaże się MONUMENTALNA BIOGRAFIA ZBIGNIEWA HERBERTA autorstwa Andrzeja Franaszka.


Franaszek, autor znakomicie przyjętej w Polsce i na świecie biografii Czesława Miłosza, portretuje Zbigniewa Herberta z niezwykłą uważnością i wszechstronnie. Nie pomija tematów trudnych czy kontrowersyjnych, głęboko wczytuje się w korespondencję i prywatne notatki, by na nowo oświetlić twórczość poety. Pogmatwane losy Herberta wpisuje w historyczną panoramę, co sprawia, że z niemal dwóch tysięcy stron wyłania się nie tylko pasjonująca, wielowątkowa opowieść o jednym z najwybitniejszych polskich twórców dwudziestego wieku, ale i epoce, która go kształtowała i inspirowała.





Premiera planowana na maj 2018.
Książka ukaże się w dwóch tomach






środa, 29 listopada 2017

W lustrze rzeczywistości - najnowsza książka Zadie Smith. "Swing Time" - recenzja



Tłumaczenie: Tomasz Kłoszewski 
Liczba stron: 480
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2017

Swing Time (piąta powieść głośnej brytyjskiej pisarki Zadie Smith) -  to niezbyt sielankowa historia przyjaźni dwóch dziewcząt dorastających w tej samej ubogiej dzielnicy Londynu. Zbliżyło je wspólne marzenie – od dziecka pragnęły zostać wielkimi tancerkami. To samo marzenie je w przyszłości rozdzieli. Każda będzie się realizować w inny sposób. W swoim czasie dowiedzą się jaką cenę trzeba zapłacić za dziecięce iluzje i jak bezwzględny jest świat show biznesu. W tle stale jest obecna muzyka, ale to nie ona w tej historii pełni najważniejszą rolę. Jednym z najistotniejszych motywów powieści jest taniec  - wywodzący się z plemiennych rytuałów, zaadaptowany przez sentymentalne czarnobiałe filmowe musicale i wszechobecny we współczesnych teledyskach. Taniec w książce Zadie Smith nie stanowi wyłącznie tła dla przeżyć bohaterów i ma różne znaczenia. Pokazuje, jak głęboko mamy zakorzenioną jego symbolikę –  w wykonaniu dziecka taniec odzwierciedla jego niewinność, ale z dodatkiem pewnych gadżetów, w pechowej aranżacji – może stać się kontrowersyjny… Taniec jest również zwierciadłem rzeczywistości, a więc stanowi doskonały symbol zmieniającego się świata, a zwłaszcza: pogłębiającego się rozdźwięku między Wschodem i Zachodem.  Ten sam taniec, który w pewnych kulturach wciąż jeszcze jest środkiem służącym do spontanicznego wyrażania emocji - w zachodnim świecie stanowi element potężnej machiny przemysłu rozrywkowego; jest (wymagającą specjalnej oprawy, wsparcia najnowszą technologią i gigantycznymi kwotami) nieodzowną częścią spektakli i koncertów światowych mega gwiazd.  Swing Time zatem to dość przygnębiający komentarz do naszych czasów, ale ukazany na pulsującym, żywym, szeroko nakreślonym społecznym tle. 




Jak zwykle, w powieściach Zadie Smith, ważnym tematem są podziały rasowe i kolor skóry. Obie najważniejsze bohaterki mają z tego powodu pewne kompleksy i refleksje dotyczące podziałów są w pewnym sensie stale obecne, a zarazem nie jest to problem najistotniejszy. W powieści przecież czarnoskóre bohaterki również odnoszą spektakularne sukcesy. Tym razem  pisarka kładzie nacisk na inny czynnik. Najważniejszym aspektem w całej historii jest tło rodzinne, a determinantą sukcesu - jest opinia społeczna. Przyjaciółki wywodzą się nie tylko z tej samej dzielnicy, ale także z podobnego środowiska - ich rodziny mają podobny status majątkowy i społeczny, ale sytuacja rodzinna obu dziewczynek wygląda inaczej. Tracey jest dzieckiem wyjątkowo uzdolnionym. To ona posiada cechy urodzonej tancerki – naturalny talent, wyczucie rytmu i technikę, a nawet samozaparcie i temperament. Ma również matkę, która wyrzekła się własnego życia, oddaną w służbie dla córki. Tracey nie ma jednak ojca, na którym może polegać. Środowisko uznaje, że Tracey nie ma nawet odpowiedniego oparcia w matce. W oczach opinii publicznej dziewczynka wywodzi się z rodziny dysfunkcyjnej. Stosunkowo szybko powszechnie uznano, iż Tracey niczego nie osiągnie; oczekuje się wręcz, że podąży śladami ojca lub matki. Sytuacja drugiej przyjaciółki jest zupełnie inna. Narratorka, z perspektywy której poznajemy historię – jest córką niezwykle ambitnej (a z czasem wpływowej) kobiety. Matka dziewczynki rozumie, że tylko przez samokształcenie i zaangażowanie na rzecz otoczenia – uzyska awans społeczny, który uleczy jej (podszyte legendą rodziny) kompleksy. Kobieta mało zajmuje się domem, to nie jest jej priorytet, ale córka ma solidne oparcie w ojcu. Dziewczynka nie jest przez to bardziej szczęśliwa od swojej małej sąsiadki, ale przecież najważniejszy jest obraz, jaki wykreuje sobie środowisko... Narratorka będzie zawsze otoczona ochronnym parasolem nieposzlakowanej opinii. Jako córka ambitnej matki jest poniekąd skazana na sukces, mimo iż nawet nie bardzo wie, co z sobą zrobić. W zasadzie życie naszych dwóch bohaterek układa się zgodnie z oczekiwaniami; obie - wbrew własnym chęciom - wpiszą się w społecznie wyznaczone role. Chociaż w efekcie wcale to nie oznacza, że z pustymi rękami zostanie ta, która odniesie mniejszy sukces…
A jaką rolę spełni ich przyjaźń? Powieść dotyka nie tylko problemu materializmu (zmusza do rozważań jak daleko można się posunąć, co można kupić za pieniądze i uzmysławia moralny ciężar takiego postępowania); ukazuje również rosnące poczucie pustki i zagubienia w dzisiejszym świecie, w którym człowiek karmi się jedynie złudzeniem miłości i przyjaźni, w którym często nawet nie potrafi rozpoznać własnych marzeń. Jeśli wydaje nam się, że to właśnie Tracey (ze swoimi małymi zemstami i pretensjami do całego świata) postępuje niedojrzale, to przyjrzyjmy się Narratorce. Czyż ona nie podąża dokładnie tą samą drogą? Być może (chociaż iskierka nadziei jest zaledwie zasugerowana) to właśnie ich przyjaźń – chociaż trudna i pełna  wzajemnie niewyleczonych urazów i żalu, w tym świecie zdewaluowanych wartości, stanie się dla naszych bohaterek drogą do wybawienia…
Nowa powieść nie rozczaruje wielbicieli Zadie Smith, którzy jednak będą musieli przywyknąć do jej coraz ciemniejszego tonu. Swing Time to przenikliwa powieść psychologiczno obyczajowa nie tylko ukazująca funkcjonowanie we współczesnym wielokulturowym świecie, ale w której także udało się uchwycić zmiany w stylu życia i pogłębiającą się materialną przepaść między nacjami (w retrospekcji autorka odtworzyła klimat lat 80. i 90.; w części współczesnej zestawiła blichtr życia bogatych społeczeństw Nowego Jorku i Londynu z wegetacją mieszkańców ubogiej afrykańskiej wioski). Dzięki takiemu bilansowi – udało jej się uświadomić czytelnikowi - w jakim stopniu materializm zawładnął współczesnym światem i skaził dusze. Przygnębiający jest nawet obraz zestawienia ikon kultury, bo autorka zmusza do zastanowienia się nad wartościami, których w nich szukamy. Fred Astair do dziś otaczony jest romantyczną aurą. Michael Jackson u szczytu swojej sławy zszokował (i nieco rozczarował) bohaterów powieści swoimi kompleksami. Wreszcie Aimee - symbol współczesnej celebrytki (niewątpliwie jest połączeniem kilku artystek i aktorek) - to gwiazda, której dobroczynność jest podszyta marketingiem i najzwyklejszym egoizmem. Z pewnością w książkach Zadie Smith odnajdujemy coraz mniej humoru, ale pisarka po raz kolejny udowadnia, że jest doskonałym obserwatorem rzeczywistości. Po zakończonej lekturze możemy tylko stwierdzić: taki właśnie jest świat…

Za książkę dziękuję Wydawnictwu:




środa, 15 listopada 2017

Kraj, w którym milkną ptaki. Co się wydarzyło na Placu Niebiańskiego Spokoju – „Nie mówcie, że nie mamy niczego”, Magdaleine Thien [recenzja]



„Piękno zostawia odcisk na umyśle. W całej historie wiele było chwil, których nigdy nie uda się odzyskać, ale my wiemy, że one istniały”1



Tłumaczenie: Łukasz Małecki
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 584
ISBN: 978-83-08-06424-5


Madeleine Thien to kanadyjska pisarka o chińsko-malezyjskim pochodzeniu, autorka czterech powieści i zbioru opowiadań, które zostały przełożone na dwadzieścia pięć języków i doczekały się wielu prestiżowych nagród. Nie mówcie, że nie mamy niczego, która znalazła się w ścisłym finale Nagrody Bookera 2016 -  to powieść napisana z rozmachem,  ukazująca losy trzech pokoleń na tle ostatnich kilkudziesięciu lat historii Chin, odważnie i jawnie mówiąca o tragicznych konsekwencjach polityki Mao Zedonga, przede wszystkim o masowych czystkach wśród inteligencji i pogrążeniu kraju w chaosie w czasie wdrażania Wielkiej Proletariackiej Rewolucji Kulturalnej z 1966 roku.

Jedną z głównych bohaterek, z perspektywy której oglądamy historię (i jednym z narratorów książki) - jest Marie (Li-ling) urodzona w Kanadzie, która będzie musiała udać się w daleką podróż w czasie i przestrzeni, ale również przejść ewolucję mentalną,  żeby zrozumieć motywy, które popchnęły jej ojca do samobójczej śmierci, a także, żeby pojąć reakcję pogrążonej w żałobie matki, która obsesyjnie śledzi telewizyjne wiadomości relacjonujące demonstracje chińskich studentów zakończone masakrą na placu Tiananmen w dalekim Pekinie.

Marie urodziła się w Kanadzie i chociaż jest córką emigrantów - niewiele wie o kraju swojego pochodzenia. Jej światem jest Vancouver; Chiny kojarzą się jej wyłącznie z lekcjami kaligrafii i pozostałaby w swojej błogiej nieświadomości, gdyby tragiczna przeszłość tego kraju nie wdarła się w jej życie w dramatycznych okolicznościach. Z chwilą samobójstwa ojca kończy się jej szczęśliwe dzieciństwo. Ojciec nie pozostawił żadnego listu z wyjaśnieniem swojej decyzji; niczego nie tłumaczą jego prywatne zapiski i dokumenty, odpowiedzi nie przynosi również notatnik z odręcznie przepisanym fragmentem tajemniczej Księgi rejestrów. Przeszłość ojca odgrodzona jest szczelnie zamkniętymi drzwiami, klucz do nich przywiezie dopiero Ai-ming, młodziutka emigrantka (córka również nieżyjącego bliskiego przyjaciela ojca Marie), która uciekła z kraju po wydarzeniach na placu Tiananmen.  Ai-ming zamieszka na pewien czas z Marie i jej matką. Między dziewczętami nawiązuje się niemal siostrzana relacja, kiedy więc po kilku latach studentka zniknie z jej życia - Marie będzie gotowa ruszyć nie tylko jej śladem, ale również tropem przeszłości swego ojca, jego bliskich i kilku pokoleń zaprzyjaźnionych rodzin, a także szlakiem milionów młodych ludzi  (najpierw hunwejbinów przysięgających wierność Przewodniczącemu Mao, a kilka dekad później  – zdeterminowanych studentów żądających reform politycznych), gromadzących się na placu Tiananmen.



Opowieść, którą poznajemy jest skomplikowana, spleciona z wielu wątków i nie zawsze toczy się linearnie, w najszerszym planie cała historia jednak zatacza koło. Zajścia na placu Tiananmen stanowią motyw otwierający i dopełniający opowieść; to oś książki, a zarazem główny cel pisarki, która chce uzmysłowić czytelnikowi jakim symbolem jest to miejsce i wytłumaczyć całą złożoność wydarzeń, których było świadkiem.

Podążając za Marie poznajemy historię przyjaźni i skomplikowanych relacji trojga wybitnych muzyków, którzy w roku 1966 (w momencie ogłoszenia rewolucji kulturalnej) związani byli z Szanghajskim Konserwatorium Muzycznym. Wróbel był kompozytorem, nauczycielem akademickim, a zarazem przyjacielem i mentorem pianisty i młodziutkiej skrzypaczki. Wróbel, Kai i Zhuli - to kluczowi bohaterowie, ustalenie ich losów pomaga Marie rozwiązać rodzinne zagadki, a czytelnikowi uzmysławia rozmiar dramatu chińskiego społeczeństwa. Każdy z tej trójki symbolizuje ponadto jeden z typów postawy, jaką przyjęli obywatele w odpowiedzi na szykany. Każdy z nich postąpił inaczej: mógł się podporządkować, wycofać lub jednoznacznie zademonstrować swoją niezgodę. Każda postawa pociągnęła lawinę konsekwencji, które podzieliły i rozdzieliły przyjaciół. Autorka nikogo nie ocenia i nie potępia. Odkrywa jedynie motywy, które kierowały całą trójką i uzmysławia tragiczną stronę każdej z tych postaw. Uświadamia, że którąkolwiek drogą człowiek podążył – w rezultacie i tak płacił najwyższą cenę.

Książka jest przygnębiająca, ale jej mrok rozpraszają subtelnie wprowadzone elementy humoru, a także stale obecne wątki literackie i muzyczne. Powieść przepojona jest muzyką i nawiązaniami do rozmaitych dzieł. Ważną rolę pełni również Księga rejestrów – książka (a raczej fragmenty) nieznanego autora, która krąży w różnych odpisach i wariantach nie tylko wśród zaprzyjaźnionych rodzin, ale w końcu po całym udręczonym kraju. Księga rejestrów jest wielopłaszczyznową alegorią. Książka jest niebezpieczna, bo zawiera narrację niezgodną z oficjalną wersją Partii. Symbolizuje wolność, twórczość literacką, a nawet sam akt tworzenia dzieła sztuki. Jest przekazywana z rąk do rąk, służy bohaterom do komunikowania się, kodowania wiadomości, ale także do upamiętniania nazwisk ofiar, które przez władze zostały skazane na zapomnienie. Każdy może dopisać dowolny fragment i każdy może w tej księdze zobaczyć okruch własnego losu. W czasach, gdy tak łatwo niszczone jest wielowiekowe dziedzictwo, gdy Partia z taką nonszalancją unicestwia miliony ludzi i wymazuje całe rozdziały historii - Księga rejestrów dla zniewolonych i pozbawionych wszystkiego ludzi staje się  formą oporu, skarbem i rodzajem dowodu istnienia, bo przecież jest symboliczną opowieścią o przetrwaniu.



Mniej więcej podobną rolę pełni szczególny utwór muzyczny – Sonata na fortepian i skrzypce  skomponowana przez jednego z głównych bohaterów. Tak jak Księga rejestrów - również jest utworem alegorycznym. Skrzypce symbolizują Zhuli, a fortepian Kaia. Kompozycja Wróbla jest dziełem sztuki, które powstało w niezwykle trudnych warunkach (muzyk nawet nie miał dostępu do instrumentów, utwór powstał wyłącznie w jego głowie). Jest dowodem na potęgę ludzkiego umysłu, którego nigdy do końca nie można złamać, symbolem misji artysty tworzącego w warunkach terroru, ale dla Wróbla przede wszystkim stanowił hołd dla przyjaźni, próbę odzyskania utraconych chwil i świadectwo istnienia ludzi, po których mógłby nie pozostać żaden inny ślad. A dla jeszcze innego bohatera – ten utwór jest rozgrzeszeniem…

Madeleine Thien wplotła w swoją opowieść wiele gier słownych, rozważań dotyczących natury dźwięku, roli słowa, refleksji na temat istotności zapisywania i utrwalania myśli ludzkiej. Człowiek, który czuje powołanie - musi tworzyć, a w jego twórczości kryją się prawdy o nim samym, o ludziach, których kocha i o czasach, w których żyje. W czasach największego zniewolenia – prawdziwy artysta znajdzie odpowiednie kody i sposoby, żeby dać świadectwo prawdzie. Mniej więcej z takich właśnie pobudek powstała książka Nie mówcie, że nie mamy niczego. Ma uświadomić nie tylko jak ważna jest szczerość w procesie tworzenia, ale także w historycznej narracji. Zdaniem pisarki - przeszłość Chin nie została jeszcze należycie oceniona. Jej książka stanowi ważny głos w tym rozliczeniu, jest protestem przeciwko wybielaniu historii. Mao Zedong doprowadził do śmierci 70 mln osób i był jednym z najbardziej krwawych dyktatorów XX wieku, ale dziś nie wspomina się źle jego nieudanych eksperymentów gospodarczych i kulturalnych. Nawet kilkanaście lat po jego śmierci, nadal dochodziło do bezwzględnego łamania praw człowieka (przykładem jest masakra na placu Tiananmen). Władze Partii nigdy nie ustosunkowały się jednak do tych wydarzeń, dotąd nie ujawniono nawet liczby ofiar. Skutki polityki Mao Zedonga i  demonstracje, które trwały kilka tygodni w 1989 roku (i ich krwawe zakończenie) - do dziś w Chińskiej Republice Ludowej stanowią temat tabu.


Polecam. Tłumacz, jak zwykle jest niezawodny, chociaż nie miał łatwego zadania, a treść książki jest oszałamiająca.


1. Nie mówcie, że nie mamy niczego, Madeleine Thien, Wydawnictwo Literackie 2017, str. 557



 Za książkę dziękuję Wydawnictwu:


poniedziałek, 30 października 2017

Sekrety służb specjalnych - "Zabójcze układy. Służby PRL i międzynarodowy terroryzm". Przeysław Gasztold - recenzja książki



Autor: Przmysław Gasztold
Wydawca: Wydawnictwo Naukowe PWN
Data premiery: 28.04.2017
Liczba stron: 424

Terroryzm nie jest problemem wyłącznie współczesnym. W latach 70. i 80. ubiegłego wieku Europę Zachodnią również paraliżowała fala terroru. Władze komunistyczne fakt ten chętnie wykorzystywały propagandowo, by przekonywać swych obywateli, że przemoc rodzi się z kapitalistycznej niesprawiedliwości, a żelazna kurtyna jest gwarancją bezpieczeństwa. PRL oficjalnie zawsze potępiała akty terroru. Książka Przemysława Gasztolda, historyka, badacza archiwów IPN, udowadnia jednak, że ten wizerunek był mitem. Powołując się na liczne dokumenty, autor odsłania sensacyjną i zdecydowanie mało chlubną kartę współczesnej historii, dowodząc, że peerelowskie służby wojskowe dozbrajały dyktatorów i zamachowców, a nasz kraj był azylem, w którym terroryści mogli liczyć na opiekę i ochronę.
Jak do tego doszło? Sprawa związana jest z sytuacją gospodarczą i polityczną Polski po II wojnie światowej. Odrodzenie gospodarki oparto na rozbudowie przemysłu ciężkiego, spore nakłady przeznaczono na wojsko i sektor zbrojeniowy. Nasze towary na światowych rynkach nie były konkurencyjne. Z jednym wyjątkiem: polska broń, w porównaniu z zachodnią, była tańsza, prosta w obsłudze i łatwo dostępna. Służby wojskowe nawiązały relacje z rozmaitymi organizacjami, także radykalnymi, i już wkrótce PRL stała się jednym z najważniejszych (chociaż nielegalnych) eksporterów, a rodzima broń nieodłącznym elementem wszystkich niemal światowych konfliktów.



Gasztold dotarł do dokumentów, które nie pozostawiają wątpliwości co do stron zamieszanych w proceder handlu bronią. Naświetla rolę Centralnego Zarządu Inżynierii przy Ministerstwie Handlu Zagranicznego (CENZIN), przez lata będącego przykrywką nielegalnej działalności służb wywiadowczych i wojskowych. Ujawnia kanały zbytu polskiego uzbrojenia i przygląda się kontrahentom. Abu Nidal i Monzer al-Kassar to kluczowe postacie z galerii niebezpiecznych terrorystów, których czytelnik ma okazję poznać. Abu Nidal, równie fanatyczny jak Osama bin Laden, był odpowiedzialny za zamachy w 20 państwach i śmierć tysięcy osób. Monzer al-Kassar (książę Marbeli) to jeden z najbardziej wpływowych na świecie handlarzy bronią i narkotykami, sponsor organizacji terrorystycznych. Autor rekonstruuje ich biografie, analizuje cele i wprowadza w tajniki najbardziej spektakularnych zamachów. Część poświęcona Abu Nidalowi pozwala przyjrzeć się skomplikowanym stosunkom polsko-pakistańskim, a także dowodzi, że peerelowskie służby zawierały z radykalnymi organizacjami kontrakty, które w zamian za cenne informacje gwarantowały terrorystom i ich ludziom ochronę, opiekę medyczną, szkolenia wojskowe, a nawet… stypendia naukowe. Część dotycząca al-Kassara naświetla dwuznaczny udział polskiej strony w nikaraguańskiej wojnie domowej (1979) i zdradza, dlaczego CIA zainteresowana była zakupem komunistycznej broni. Poznajemy kulisy afery Iran-Contras, która w swoim czasie ujawniła szemrane interesy rządu amerykańskiego, ale też nadwyrężyła wizerunek PRL.
Niewątpliwie jest to rodzaj rozliczenia współczesnej historii naszego kraju. Książka kieruje uwagę na procesy, które zaszły w dobie przemian ustrojowych i uświadamia, że pewne wątki wymagają rozrachunku; przy czym dociekanie, dlaczego winni dotąd nie ponieśli odpowiedzialności, wykracza już poza jej tematykę. Autor doskonale rozumie, że machinacje służb PRL-u nie były niczym wyjątkowym w bloku państw komunistycznych, a proceder odbywał się przy milczącej akceptacji Związku Radzieckiego, któremu odpowiadały działania prowadzące do destabilizacji sytuacji na Bliskim Wschodzie. Z drugiej strony obserwujemy przecież także zakulisowe działania rządu Stanów Zjednoczonych. W najszerszym kontekście książka obnaża obłudę światowej polityki. Zmusza do zrewidowania oceny zimnej wojny, nie pozwala jej już postrzegać wyłącznie w kategoriach ideologicznego starcia dwóch supermocarstw.



Recenzja opublikowana w: FA 9/2017




środa, 11 października 2017

MOŻE ŚWIAT NIE JEST TAK BARDZO SERIO… – „Magdalena Tulli w rozmowie z Justyną Dąbrowską. Jaka piękna iluzja” – [recenzja premierowa]


Autor: Mgdalena Tulli, Justyna Dąbrowska
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 11 października 2017
ISBN: 9788324038282
Liczba stron: 264

Justyna Dąbrowska – to psychoterapeutka i dziennikarka, założycielka miesięcznika Dziecko, autorka książek z dziedziny psychologii i autorka wywiadów (w roku 2012 otrzymała nagrodę im. Barbary Łopieńskiej za najlepszy wywiad prasowy i zdążyła zasłynąć z doboru swoich rozmówców – zwykle zagląda w świat osobistości wybitnych i barwnych, a przede wszystkim: życiowo doświadczonych). Jej rozmowy zaowocowały wydaniem książek: Spojrzenie wstecz. Rozmowy – (Wydawnictwo Czarne, 2012) i Nie ma się czego bać. Rozmowy z mistrzami (Wydawnictwo Agora, 2016). 11 października 2017 – to data premiery jej najnowszej książki. Ponownie zostajemy zaproszeni do rozmowy z Mistrzem. Tym razem gościem Justyny Dąbrowskiej jest jedna z najwybitniejszych współczesnych polskich pisarek, laureatka m.in. Nagrody Fundacji im. Kościelskich, Nagrody Literackiej im. Juliana Tuwima, wielokrotna finalistka Nagrody Nike - Magdalena Tulli.
Kto zna wcześniejsze wywiady (publikowane na łamach prasy i w wymienionych książkach) może być pewien, że pytania będą dotyczyć fundamentalnych spraw – ważnych dla interlokutora, a jednocześnie istotnych dla czytelników i dla każdego z nas. Justyna Dąbrowska kieruje rozmową nie tylko intuicyjnie, ale także w taki sposób, że cała uwaga skierowana jest na jej gościa, pod tym względem nic się nie zmieniło. Innowacją jest to, że wywiad jest dłuższy i wypełniła odrębną publikację, poprzednie książki były zbiorami kilku wywiadów. Nie wiem czy dzisiejsza rozmowa ma dać początek nowej serii, ale z pewnością nie powstała (jak poprzednie) „ku pokrzepieniu”, bardziej „ku przestrodze”. Jaka piękna iluzja jest zamkniętą całością. Książka jest starannie przemyślana, uporządkowana, podzielona na części. Justyna Dąbrowska swoje pytania poprzedza trafnie dobranymi cytatami z książek Magdaleny Tulli, które stanowią drogowskazy i wyznaczają myśl przewodnią poszczególnych rozdziałów. Nie pierwszy raz książkę Dąbrowskiej wzbogacają fotografie Mikołaja Grynberga.
Mówiąc o starannym przygotowaniu wywiadu – bynajmniej na mam na myśli wyłącznie strony technicznej; równie przemyślane jest przesłanie, którego sens dociera po przeczytaniu całości. Niezależnie bowiem od tego, czy poruszane są tematy najbardziej osobiste, czy ogólnospołeczne – najważniejszy komunikat jest ten sam: najtrudniejszym, najbardziej bolesnym (wymagającym pokory i absolutnej szczerości wobec siebie), ale też najbardziej nieodzownym elementem w procesie uzdrawiania międzyludzkich relacji – jest etap przebaczania.



Rozmowa zaczyna się od tematu, który zapewne w największym stopniu zaprząta każdego czytelnika „Włoskich szpilek” i „Szumu” - od dzieciństwa pisarki, relacji z rodzicami i kontaktów z jej własnymi dziećmi. Pierwsza część – to nie tylko opowieść, to piękny manifest dotyczący macierzyństwa. Kolejne rozdziały oprowadzają czytelnika po innych, ale równie intymnych sferach życia pisarki. Dowiemy się jaką rolę spełniła muzyka i lektura, a także wykształcenie (które nie otwarło drzwi do kariery, ale dało narzędzia do „przepracowania” problemów). Poznamy jej ulubione książki - kamienie milowe, a przy okazji przekonamy się jakże odświeżające jest jej spojrzenie na klasykę. Ta część pozwala zrozumieć ile wysiłku wymaga proces stawania na nogi i odnajdywania się w społeczeństwie.
Satysfakcję powinni odczuć wielbiciele talentu pisarki, ponieważ Magdalena Tulli zdradza okoliczności powstawania swoich książek, a raczej przedstawia bagaż doświadczeń, z którego wyrosły. Mówi o swojej drodze do pisarstwa i o samym procesie pisania, które – jak twierdzi - nie spełnia roli terapeutycznej, ale daje poczucie sensu. Mówi o jasnych i ciemnych stronach swojej kariery literackiej, więc również wspomina o kłopotach interpretacyjnych, z którymi spotkały się jej pierwsze utwory (wszystkie zostały zauważone, zakwalifikowane do finału Nagrody Nike, a jednocześnie recenzentom nie do końca udało się rozszyfrować jej intencji). Tematyka jej książek w końcu sprawia, że zmienia się charakter rozmowy, znacznie rozszerza się jej spektrum – w jednej chwili przebywamy w kameralnym świecie autorki, a w następnej – przechodzimy pomostem nad wezbraną rzeką pełną kipiących i huczących (grożących rozlaniem) problemów i dochodzimy do diagnozy europejskiego społeczeństwa.


Autorka potrafi się zdobyć na sardoniczny uśmiech, ale jej wywiad nie ma służyć kolejnym podziałom, raczej ma przypomnieć czytelnikowi jak ważna jest empatia. Tulli pisała już w Skazie o braku zaufania i niechęci do obcych przybyszów. Książka sprzed jedenastu lat nabrała aktualności z chwilą pojawienia się problemu uchodźców ze Wschodu. Rozmowa o nich jest jedną z okazji, w których pojawia się słowo-klucz: iluzja. Pisarka uświadamia jak kruchy jest nasz spokój i wolność, którą się cieszymy. Każe się też zastanowić nad sytuacją, w której sami musielibyśmy się ratować w podobny sposób: opuścić domy, wsiąść do łodzi i pontonów, udać się w nieznane… Czy istnieje jednak brzeg, który by się dzisiaj wydawał bezpieczny?
A najważniejsza przestroga? Pisarka w nieco dosadny, ale obrazowy sposób zwraca uwagę na niepokojącą powtarzalność historii. Świat od wieków wciąż kręci się wokół tych samych problemów, ludzie zachowują się w przewidywalny sposób… Magdalena Tulli przekonuje, że powinniśmy zacząć korzystać z wiedzy zawartej w książkach. Gdyby z uwagą wgłębić się i ponownie odczytać tekst Czarodziejskiej góry Thomasa Manna – okazałoby się, że współczesne europejskie społeczeństwo (a można spojrzeć jeszcze bardziej globalnie) może się w tej książce przejrzeć jak w lustrze. A jeżeli nic się nie zmieni i nadal będziemy nakręcać sprężynę nienawiści - możemy być pewni, że jest w niej zapisana również nasza przyszłość… Trzeba przyznać pisarce, że jest niezwykle konsekwentna. Od samego początku, od swojej pierwszej książki mówi o rozszerzającym się chaosie... Czy trzeba dobitniej tłumaczyć tytuł?




Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości:


Również dzisiaj ma swoją przemierę nowa edycja Włoskich szpilek, finalistki Nike 2012.



poniedziałek, 9 października 2017

"Ministerstwo niezrównanego szczęścia" - premiera już dzisiaj!




Premiera 9 października!

[opis wydawcy]

Ministerstwo niezrównanego szczęścia zabiera nas w wieloletnią podróż po indyjskim subkontynencie, ale przede wszystkim wnika głęboko w życie wyśmienicie odmalowanych postaci, z których każda szuka bezpiecznego miejsca, sensu, miłości.

Ta niezwykła, pięknie opowiedziana książka, głęboko ludzka i ogromnie czuła, na każdej stronie demonstruje, jak cudownym darem narratorskim obdarzona jest Arundhati Roy.

Na cmentarzu pod murami Starego Delhi na wytartym perski dywan przesiaduje Andźum. Na betonowym chodniku  znienacka, tuż po północy, pojawia się malutkie dziecko. W zaśnieżonej dolinie zrozpaczony ojciec pisze do swej pięcioletniej córki list, w którym opowiada, kto zjawił się na jej pogrzebie. W mieszkaniu na drugim piętrze samotna kobieta, odpalając papierosa od papierosa, czyta swoje dawne notatki. W Zajeździe Jannat dwoje ludzi, którzy znali się przez całe życie, śpi tak mocno się obejmując, jakby dopiero się spotkali.

Narracja toczy się szeptem i krzykiem, z radosnymi łzami, ale i gorzkim śmiechem. Bohaterowie Ministerstwa niezrównanego szczęścia, i bliscy i dalecy, zostali złamani przez świat, w którym żyjemy, ale zlepieni no nowo przez miłość. Dlatego też nigdy się nie poddadzą.




sobota, 30 września 2017

BALLADA O MIŁOŚCI I NIENAWIŚCI. O DUSZACH CZARNYCH JAK SMOŁA - „Księga nocnych kobiet”, Marlon James [recenzja przedpremierowa]



Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Tłumacz: Robert Sodół
Ilość stron: 480
ISBN: 978-83-08-06426-9

PREMIERA: 11 października 2017




„Wszystkie negry chodzą wkoło. Zakonotujcie to sobie, a resztę dopowiedzcie sami. Czasem jak negr skona i inny zajmie jego miejsce to nawet jak nie z tej samej krwi, ciągle jego śladami po tym samym kręgu kroczy. To krąg życia, co go negr nie wybiera, i śmierci, co może przyjść lada chwila. Być może negry przyjmują rzeczy takie, jakie są, bo zawsze takie będą, jakie zawsze były. Może dla backra i negra lepiej, jak rzeczy wracają na miejsce, co ludzie uważają za najlepsze, dopóki kolejny raz ogień nie wybuchnie. Biały śpi z jednym okiem  otwartym, ale czarny to spać w ogóle nie może”1


Marlon James to autor książki Krótka historia siedmiu zabójstw, o której zrobiło się głośno w 2015 roku, ale zanim pisarz został pierwszym w historii jamajskim laureatem Nagrody Bookera – już miał na swoim koncie dwie powieści, w tym Księgę nocnych kobiet, która przedstawia obraz stosunków społecznych panujących na Jamajce na przełomie XVIII i XIX wieku, przy czym na plan pierwszy wysuwa burzliwą historię niewolnictwa.

Jamajka to państwo na karaibskiej wyspie odkryte przez Kolumba, skolonizowane przez Hiszpanów (później przez Anglików), którego gospodarka w czasie, w którym toczy się akcja książki, oparta była na uprawie trzciny cukrowej i tytoniu. W szczytowym okresie rozwoju (z powodu dużego zapotrzebowania na produkty kolonialne, które pochłaniała Europa i Ameryka Północna) – cały kraj pokryły liczne plantacje wykorzystujące niewolniczą pracę. Tania siła robocza była niezbędnym czynnikiem decydującym o sukcesie plantatora, ale także stanowiła poważny problem. Największe plantacje wymagały zatrudnienie całej armii pracowników. Właściciele zdawali sobie sprawę z liczebnej przewagi niewolników i płynącego stąd zagrożenia. Rebelie wybuchały dosyć często i chociaż za każdym razem je okrutnie tłumiono, a wszyscy niewolnicy płacili głową – to przecież podobne zrywy stanowiły niejednokrotnie jedyne ujście gniewu dla ciemiężonej ludności. Plantatorzy, chcąc zapobiec kolejnym ekscesom świadomie wprowadzali przemoc fizyczną i terror, rządzili w swoich majątkach za pomocą strachu, stosowali najwymyślniejsze psychiczne i fizyczne tortury. W ten sposób powstawał mroczny krąg – niewolników szczuto i dręczono, ale jeśli tylko udało im się wzniecić bunt – z kolei oni nie wahali się krwawo rozprawić ze swoimi właścicielami, nie szczędząc jego rodziny i dzieci. Tak mniej więcej przedstawiają się historyczne realia, które stały się tłem i częścią fabuły Księgi nocnych kobiet.

W trakcie lektury czytelnik bardzo szybko zwróci uwagę na kilka charakterystycznych spraw, zorientuje się z jak wyjątkowym utworem ma do czynienia. W literaturze nie spotkaliśmy dotąd takiego ujęcia relacji między białym i czarnym człowiekiem. To obraz niewolnictwa odarty z mitów (i to po obu stronach). Książka nie tylko obnaża okrucieństwo rasy „panów”, ale również ukazuje surową prawdę o mechanizmach obronnych niewolników. Czy wizja, którą przedstawił Marlon James (zwłaszcza wszystkie zagrożenia, które czyhają na bohaterów powieści) jest wiarygodna? Jak najbardziej! Pamiętajmy, że czarnoskóry pisarz nosi w sobie pamięć swojego ludu i spełnia taką samą rolę jak Richard Flanagan wobec Tasmanii – jest kronikarzem i sumieniem swojego kraju. Książka jest mocno zakorzeniona w tradycjach, a jeżeli jeszcze zastanawiamy się czy pisarz nie przesadził z długą listą wymyślnych męczarni, którymi dopuszczał się rzekomo „cywilizowany” biały człowiek - warto odnieść się do dzienników niejakiego Thomasa Thistlewooda, jamajskiego plantatora z XVIII wieku, który skrupulatnie opisywał swoje postępowanie z niewolnikami2. Zapewne nie spodziewał się, że wiele pokoleń później jego prywatne notatki, które gromadził przez 37 lat, będą nie tylko dowodziły jego okrucieństwa, ale także zostaną uznane za wiarygodne świadectwo epoki. Jeżeli nawet Marlon James tworząc swoją pieśń o niewolnictwie - nie zamierzał nadawać dziennikom sadysty Thistlewooda epickiego wymiaru, to z całą pewnością w dużej mierze się na nich oparł.

Drugą niezwykle ważną kwestią, na którą czytelnik od razu zwraca uwagę – jest język. Powieść napisana jest slangiem. Szybko się do niego przyzwyczai i uzna, że ta historia nie mogła zostać opowiedziana lepiej. Nie mogła być inna, skoro miała być wiarygodną relacją świadka. Poznajemy ją bowiem z ust narratora, który jest niewolnikiem. Poza tym trzeba przyznać, że język (który jest jędrny i soczysty, wręcz: krwisty, obrazowy i dosadny) ma swój zniewalający urok, bywa tak samo surowy lub tak samo brutalny, jak świat, który przedstawia; ma swoją charakterystyczną „barwę” i rytm, sprawia, że przekaz staje się wiarygodny. Wreszcie to, co najważniejsze (i to jest największy fenomen tej książki) -  język rozwija się i ewoluuje wraz z postaciami. W tym miejscu ukłony i brawa należą się również tłumaczowi. Biorąc pod uwagę wszelkie przeszkody, trudności i nowatorski zamysł autora (także i to, że swoistym slangiem posługują się nie tylko niewolnicy, różni się także mowa białych bohaterów, jeden z nich jest Irlandczykiem) – trzeba przyznać, że Robert Sodół dokonał brawurowego przekładu. To sprawia, że lektura jest zaskakującym, ale i zachwycającym doświadczeniem. Można sobie tylko wyobrazić jak piorunujące wrażenie wywoła, gdy pojawi się jeszcze możliwość wysłuchania książki w formie audiobooka…

Marlon James ma wielki talent w wydobywaniu niuansów. Nie tylko za pomocą języka udało mu się uchwycić ewolucję człowieka, ale jeszcze zwraca uwagę czytelnika na to, że podział ras był sztywny i kategoryczny, ale miał liczne podgatunki. Innymi słowy - nie każdy biały był jednakowo biały i nie każdy „negr” – jednakowo czarny. Poznajemy hierarchię panującą w obu grupach. Białych przecież prezentuje Anglik, który z góry traktuje Irlandczyka i Kreolkę (poznamy ich kompleksy społeczne); wśród czarnoskórych bohaterów – podział był znacznie bardziej skomplikowany (główna bohaterka jest mulatką, co wprowadza w jej duszy sporo zamieszania).

Łatwo się jest domyślić, że powieść ma bohatera zbiorowego, ukazuje mieszkańców (przedstawicieli dwóch antagonistycznych grup społecznych) żyjących w zaprzyjaźnionych majątkach: w Montpelier i Coulibre. Ten kontrastowo zestawiony świat  białego i czarnoskórego człowieka niepozbawiony jest gorzkiej ironii. Przyglądamy się właścicielom ziemskim, którzy czują bezustanną potrzebę podkreślania swojej wyższości cywilizacyjnej (jakby musieli stale to udowadniać, zwłaszcza sobie samym), którzy w tym samym czasie fundują swoim niewolnikom najwymyślniejsze nieludzkie cierpienia… Potrafią zresztą także w wyrafinowany sposób dręczyć siebie nawzajem. Kiedy przekraczamy progi Montpelier – od razu zwrócimy uwagę na dźwięczne imiona: Andromeda, Atena, Ifigenia, Tantal, Atlas, Klitajmestra, Gorgona, Hipolita, Kallisto. Właściciel wykazał się prawdziwie ułańską fantazją, gdy nadawał niewolnikom imiona bogów i herosów (ale czy jest prawdziwym miłośnikiem literatury człowiek, który kobietę obdarza imieniem: Homer?). Jednak miał trochę racji stary szalony plantator, zwracając się ku mitom, bo nad każdym człowiekiem w jego majątku ciąży fatum… Kiedy odwiedzamy Montpelier - w pierwszym momencie może się nam wydać, że zabłądziliśmy na Olimp, ale nic bardziej mylnego – właśnie rozpoczynamy podróż przez kolejne kręgi piekła… W końcu spłynie na nas refleksja – musimy się zastanowić czy biały człowiek przyjeżdżał na koniec świata i zakładał plantacje ze względu na szansę dorobienia się majątku czy równie nęcąca (albo bardziej) była perspektywa zrzucenia maski „dżentelmena” i możliwość bezkarnego pofolgowania najmroczniejszym fantazjom? Czy po to przez wieki się cywilizował, żeby nagle odwiesić na kołku swoją kulturę i humanizm - i stanąć z batem nad słabszym człowiekiem?

A najważniejsze przesłanie książki? Główną bohaterką, z perspektywy której poznajemy wydarzenia – jest Lilit, młodziutka niewolnica. Lilit urodziła się jako mulatka w świecie, w którym biały lub czarny kolor skóry przesądza o wszystkim. Urodziła się także jako kobieta, w świecie, w którym niewolnik jest własnością białego człowieka, ale niewolnica – należy nie tylko do swojego właściciela. Także do jego zarządcy, do dozorców i do każdego innego mężczyzny (nawet niewolnika), który ma ochotę po nią sięgnąć… Niewolnica nie może czuć się bezpiecznie nawet przez moment. Czytelnik obserwuje bohaterkę, jest świadkiem wielu procesów, które zachodzą w jej ciele i świadomości. Lilit dorasta i dojrzewa. Staje się kobietą. Lilit poszukuje swojej tożsamości i korzeni. Uczy się poskramiać swoją hardą duszę. Próbuje przechytrzyć los. Poznaje piekło i niebo, doświadcza również męczarni czyśćca. Przechodzi ewolucję i transformację duchową, uczy się odróżniać dobro od zła. Przekonuje się, że człowiek nie ma wpływu na swój kolor skóry, ale bierze odpowiedzialność za to,  że jego dusza jest czysta lub czarna jak smoła. Lilit ma wielu „nauczycieli”. Biały człowiek za pomocą bata uczy ją, że „czarnuch” należy do gorszego gatunku. Homer – jej opiekunka – chce w nią wpoić przekonanie, że „czarnuch” i biały – są takimi samymi ludźmi. Do najważniejszych jednak wniosków dojdzie już sama. Przekona się, że czarni ludzie są tacy sami jak biali, ale jednocześnie – wcale nie są lepsi. Lilit uczy się myśleć i wyciągać wnioski, więc kiedy nadejdzie czas – stanie po właściwej stronie…

I jeszcze na koniec – nie można nie wspomnieć o pięknym hołdzie, jaki Marlon James złożył książce, bo gdy Homer potajemnie uczy Lilit rozpoznawać litery - pokazuje dziewczynie wrota wolności. „Z ciebie prawdziwy czarnuch. Coś ci powiem, a ty posłuchaj uważnie. (…) Coś ci jeszcze powiem o czytaniu. Widzisz to? Za każdym razem jak to otwierasz, jesteś wolna”3

Czarne kobiety zbierają się nocą, bo tylko wtedy świat jest czarny, taki jak one. Tylko wówczas mogą poczuć się odrobinę wolne. Nocne kobiety zbierają się, by czynić swoje uroki. A także, po to, by „czynić” sprawiedliwość… „Wszystkie negry chodzą wkoło. Zakonotujcie to sobie, a resztę dopowiedzcie sami. (…) Biały śpi z jednym okiem otwartym, ale czarny to spać w ogóle nie może”…

Gorąco polecam. To proza gęsta. Mroczna. Porażająca. Wspaniała.

1. Księga nocnych kobiet, Marlon James, Wydawnictwo Literackie 2017, str. 467
3. Księga nocnych kobiet, str. 70


Za książkę dziękuję: